wtorek, 5 sierpnia 2014

Glendalough


Zbyt długo nie byłem w Glen, dlatego w paru zdaniach same relatywy rejonu. Super miejsce, dobre chwyty, rewelacyjne tarcie. Nic nie jeździ na skale, nic się nie ślizga, a but wspinaczkowy sam się klei do skały. Jeżeli już coś nie trzyma, to tylko kwestia doładowania. Ilość problemów i różnorodność tak duża, że niezależnie od trudności jakie ktoś robi każdy znajdzie coś dla siebie, od połogich formacji, poprzez piony, a kończąc na przewieszeniach, a do tego jakby było mało: kanty, filary, płyty, rysy, oblaki, krawądki i co tam tylko istnieje.
Większość bulderów jest na tyle fajnych, że przechodzimy je z Anetą po 2-3 razy. Ja dokładam sit start do Diamond Slab opisanego w topo jako hard SS, ale choć nie jest podana żadna wycena i mi osobiście też trudno to wycenić, to nie jest to znowu taki hard.
Aneta na jednej z rozgrzewkowych propozycji w Glen.
Ja na wyjściowych chwytach na Original Route.
 No i odwieczny problem kiedy słońce w późniejszych godzinach zachodzi za chmury, u nas skończyło się na szybkiej ewakuacji.


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

El Chorro


Przyjechałem, zobaczyłem i zmokłem. Tak dokładnie było choć trudno w to uwierzyć. Nius ten należy traktować bardziej w kategoriach ciekawostki niż wnoszący cokolwiek do wspinania, ale rzeczywiście tak było.
Pojawiliśmy się na samym południu Europy, samym południu Hiszpanii, w miejscu gdzie andaluzyjskie słońce świeci przez 360 dni w roku na 365. Zapakowaliśmy nasze minimum sprzętowe jakie posiadaliśmy i uciekając przed słońcem i żarem lejącym się z nieba zapragnęliśmy poświęcić jeden dzień i zobaczyć miejsce, o który dużo już napisano, gdzie każdy kto już był, polecał to miejsce jako godne uwagi. Oczywiście z racji pory roku nie oczekiwaliśmy rewelacyjnych warunków do wspinu, ale opad deszczu i to dość solidny totalnie zburzył mój światopogląd. Lało tak, że miejscami ciężko było nos wystawić z auta, nie wspominając o innych częściach ciała. Każdy wspinacz ma zapewne takie dni kiedy psycha siada. Dla mnie w tym roku to był 24 czerwiec - deszcz w El Chorro i hasta la vista!


poniedziałek, 30 grudnia 2013

Three Rock Gallery

Udało mi się odzyskać stary dysk zewnętrzny, nie wiem jak, najzwyczajniej w świecie zaczął działać po podłączeniu do kompa. Cieszę się, gdyż odzyskałem mnóstwo zdjęć i filmów z pierwszych wyjazdów skalnych w Irlandii. Posegregowałem je i zrobiłem kilka galerii które to czasowo postaram się wrzucić na blog. Na początek Three Rock - pierwszy rejon boulderowy, który odwiedziłem.



sobota, 14 grudnia 2013

Podlesice


Końcówka listopada to zdecydowanie najgorszy miesiąc jeśli chodzi o wspinanie w Polsce.  My podchodziliśmy dwa razy i dwie próby były kompletnie nieudane. Aura o tej porze roku jest bezlitosna i nie ma zmiłuj się, choć nie ukrywam, że na to zmiłuj się trochę liczyliśmy. Pierwszy wypad zapowiadał się bardzo dobrze, prognozy +5 C i bez deszczu, tyle prognozy. Gdzieś koło Zawiercia zaczęło padać, a mijając Rzędki i widząc Wysoką w chmurach wiedzieliśmy, że już po wspinie w tym dniu. Pomimo lekko padającego deszczu postanowiliśmy zrobić rekonesans po boulderach na Kołoczku. Wszystko było albo mokre, albo na tyle wilgotne, że uniemożliwiało jakikolwiek wspin. Zrobiliśmy parę fotek i wróciliśmy do domu.



Po wizycie na sosnowieckiej ścianie wspinaczkowej (spotkanie tam Emi i Birbaga było miłym zaskoczeniem) wygospodarowaliśmy następny dzień na bouldery w Podlesicach. Tym razem zahaczyliśmy o pokrywę śnieżną i minusową temperaturę. Choć według prognoz ani jedno ani drugie miało w ogóle nie występować.
 Ja zmarzluchem raczej nie jestem i preferuję niskie temperatury do wspinu (no może jednak za wyjątkiem tych minusowych) jednak wzięcie bluzy z kapturem zamiast kurtki było lekkim przegięciem z mojej strony. Zresztą Aneta też takowej nie posiadała. Rozgrzewkę zaczęliśmy od coffee latte wersja rozpuszczalna na śnieżnym coffee table.


Jak widać na zdjęciu pomimo przenikliwego zima humory dopisywały. Tym razem jednak problemem okazały się zasypane chwyty. Niestety oczyszczenie ich było trudne, można było się wspinać tylko od ziemi dwa metry w górę, wyżej już łapy same zjeżdżały ze śniegu. Czy warto było w ogóle przyjeżdżać gdzie praktycznie prawie nic nie dało się zrobić? Dla mnie tak. Na Kołoczku zrobiłem swoją pierwszą drogę, Aneta zresztą też, przeszedłem dużą ilość dróg i większość boulderów, wiec dużo sentymentalnych wspomnień mam z tego miejsca. Dzięki Harnaś za użyczenie crashpada.

Sentymentów jeszcze nie koniec. Udało mi się u rodziców w garażu odkopać campus zastawiony klamotami. Przewieszenie13 stopni po obłych wałkach o średnicy 30-stu milimetrów. Oczywiście kilka sesji treningowych się odbyło.


piątek, 6 grudnia 2013

The Scalp


Nius z dużym opóźnieniem, ale jeszcze w listopadzie zrobiłem krótki wypad w rejon Skalp i zainteresowałem się głazami o których pisałem w poprzednim poście. Tak na prawdę to miałem zamiar zrobić coś innego, a to miała być tylko rozgrzewka, niestety na to coś innego nie starczyło ani czasu, ani mocy. Problemy tak jak wspomniałem raczej z tych rozgrzewkowych; pierwszy to 5 lub 5+, drugi maksymalnie 6a Fb, za mało czasu spędzam w skałach aby dokonać precyzyjnej wyceny. Oba zaczynają się sit start i znajdują się kilka metrów na lewo od Shady Bitch. Bouldery nie są opisane w żadnym topo, ale nie sądzę abym dokonał pierwszego powtórzenia. Udało mi się nagrać i zrobić szybki montaż z przejść.



niedziela, 3 listopada 2013

Turystyka wspinaczkowa

Ostatnio zacząłem, no właśnie chciałem napisać trenować, ale to za mocne słowo. Trening powinien przynosić wymierne efekty, być systematyczny i zaplanowany, więc ja po prostu napiszę, że zacząłem się trochę ruszać, taka "turystyka wspinaczkowa" o ile istnieje coś takiego. Zahaczyłem o ścianę, bouldering  i wspinanie z liną w Dalkey. Wspinanie z liną zasługuje na szczególną uwagę nie z racji trudności przebytej drogi, gdyż trudności na drodze nie było, a odstępu czasowego. Ostatni raz związałem się liną i poprowadziłem coś we wrześniu 2011 roku na Sardynii.

Mur skalny w Dorgali na Sardynii
Jeśli chodzi o ścianę wspinaczkową to jestem trochę zaskoczony, spodobała mi się ostatnio taka forma aktywności, choć nie ukrywam, że zawsze byłem i jestem przeciwnikiem wspinania na sztucznych obiektach. Krótkie wyjaśnienie poruszonej kwestii; chodzi o to aby mając możliwość wyboru, wybierać skały a nie panel. Panel tak, ale jak wyjazd w skały jest niemożliwy. Na początku pojawiła się u mnie tzw. forma pięciominutowa, czyli mogę zrobić na ścianie w zasadzie wszystko ale tylko na początku przez około 5-7 minut później "power" ucieka ze mnie jak powietrze z przebitej opony i nawet przedłużone resty nic nie pomagają.
Starałem się ostatnio prześledzić niusy z Irlandii odnośnie przejść, a także pojawiłem się na kilku blogach. Wydawało mi się, że przy zapleczu wspinaczkowym jakie się ostatnio pojawiło w okolicach Dublina będzie głośno o przejściach. Tymczasem nie wiem czy to problem medialny, czy też wrodzonej skromności ale ogólnie cisza, mało świeżych wiadomości. Na pewno na uwagę zasługuje wydanie książki Bouldering Essentials by David Flanagan.
Nie chcę robić nikomu reklamy i pominę treść merytoryczną, z którą to nie miałem okazji się zaznajomić, gdyż oglądałem książkę w jednym ze sklepów wspinaczkowych. Ale foty w środku rewelacyjne, na najwyższym poziomie. Książka raczej przeznaczona dla zaczynających swoją przygodę z boulderingiem. Choć ja wiele razy wyciągając crashpada z auta byłem zaczepiany przez ludność masową pytaniami co to. Po kilku zdaniach wyjaśnień padało słowo bouldering i pytań było jeszcze więcej, więc w takim przypadku szybkie wyciągnięcie "bouldering esssentials" z pewnością ułatwia sprawę. Przykładowe sample tutaj.
Pojawiłem się też na Skalpie, pomimo nie za ciekawych prognoz pogodowych. Forma nie była najgorsza i zabrakło naprawdę nie wiele do zrobienia sit startu na jednym z klasyków rejonu. Zrobiłem też rekonesans po okolicy i natknąłem się na dwie niewielkie skały nie odnotowane w topo, ale być może przechodzone wcześniej. Bouldery definitywnie nadające się do sit start, bezstresowe i jak tutaj mówią oferujace "good landing". Sam się nie wstawiałem, a trudności raczej coś z tych rozgrzewkowych, może przy następnej okazji. Fotki poniżej.